Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

A może by tak rzucić wszystko i wyjechać na Kretę? Para z Opolszczyzny realizowała ten plan. Jak jej się żyje?

Milena Zatylna
Milena Zatylna
Aleksandra Brudzińska i Tomasz Terlecki cztery lata temu wyjechali na Kretę. Mieszkają w małej górskiej wsi. Mają swój gaj oliwny i stali się rolnikami. Oprócz tego promują kreteńską kuchnię i wyroby swoich sąsiadów.
Aleksandra Brudzińska i Tomasz Terlecki cztery lata temu wyjechali na Kretę. Mieszkają w małej górskiej wsi. Mają swój gaj oliwny i stali się rolnikami. Oprócz tego promują kreteńską kuchnię i wyroby swoich sąsiadów. Materiały własne Aleksandra Brudzińska/Poli Kala
Pochodząca z Kluczborka Aleksandra Brudzińska i jej mąż Tomasz Terlecki cztery lata temu wyprowadzili się na Kretę. Nie mieszkają wcale nie w turystycznym kurorcie, ale w małej górskiej wiosce, gdzie jest zaledwie 90 domów, a średnia wieku mieszkańców wynosi 80 lat (byłaby pewnie powyżej 90, ale oni znacznie ją obniżają).

Znaki i pomoc bogów z Olimpu

- Przeprowadziliśmy się na Kretę z Irlandii, gdzie mieszkaliśmy osiem lat. Doszliśmy tam do punktu zwrotnego. Ponieważ jesteśmy jeszcze młodymi ludźmi, stwierdziliśmy, że możemy spróbować zrobić coś szalonego, bo w razie czego będzie jeszcze czas zmodyfikować kurs – opowiada pan Tomasz.

Wybór padł na Grecję, konkretnie na Kretę, w której para była zakochana od lat.

- Na Krecie często spędzaliśmy wakacje. Byliśmy z nią związani również biznesowo, bo między innymi prowadziłam manufakturę naturalnych kosmetyków na bazie kreteńskiej oliwy – mówi pani Aleksandra. - Zresztą na Krecie się pobraliśmy, nie wiedząc jeszcze, że tak naprawdę wzięliśmy ślub również z tym miejscem.

Co więcej, los sam zdawał się potwierdzać, że wybór Krety jest słuszny. Nagle wszystko, co do tej pory zdawało się być w rozsypce, zaczęło się układać w jedną całość, jakby sami bogowie na Olimpie przejęli sprawy w swoje ręce.

- Najpierw ktoś ze znajomych udostępnił na Facebooku stronę oferującą wynajem domów na Krecie. Na reklamie znajdowało się zdjęcie domu, w którym obecnie mieszkamy – wspomina Aleksandra Brudzińska. – Serce zaczęło mi bić szybciej, ale kiedy zadzwoniłam po raz pierwszy do agencji pośredniczącej w wynajmie nieruchomości, dowiedziałam się, że ogłoszenie jest już nieaktualne, bo są już na niego klienci. Stwierdziłam, że widocznie tak miało być, ale poprosiłam o kontakt, gdyby pojawiło się coś podobnego.

Na odpowiedź pani Aleksandra nie musiała długo czekać. Następnego dnia dostała telefon, że jednak umówieni klienci nie przyszli i nie wpłacili depozytu.

- I że jeśli jeszcze jesteśmy zainteresowani, to agent nam z przyjemnością ten dom wynajmie – opowiada Aleksandra Brudzińska. – W tym samym czasie okazało się, że dostałam ofertę pracy na Krecie. Ale to jeszcze nie koniec „znaków”, bo również tego samego dnia ktoś, do dziś nie wiemy kto, przesłał nam paczkę z tradycyjnymi kreteńskimi specjałami.

Bez Internetu, ogrzewania i ciepłej wody

Wobec tego klamka zapadła. Małżonkowie spakowali cały swój dobytek, w tym psa i kota do samochodu, wsiedli w Irlandii na prom i po pięciu dniach podróży dobili do wybrzeży Krety.

- Była piąta rano. Agencja nieruchomości jeszcze nie pracowała, ale na szczęście kawiarnie były już otwarte, więc mogliśmy się chociaż napić się kawy i przeczekać w ciepłym miejscu, bo był to wyjątkowo chłodny kwiecień. Dom wynajęliśmy w ciemno. Podpisaliśmy umowę na rok, choć zakładaliśmy, że jedziemy tylko na pół roku.

Jednak rzeczywistość, z jaką pani Aleksandra i pan Tomasz zderzyli się na początku, była tak zniechęcająca, że zastanawiali się, czy nie uciec wcześniej.

- Dom miał być pięć metrów od głównego deptaku na plażę, w turystycznej miejscowości, blisko sklepów i tawern. Taki opis był w ofercie. Tymczasem jedziemy, jedziemy, jedziemy, morze w lewo, my w prawo. Okazało się, że wylądowaliśmy w małej górskiej wiosce, a przed domem nie mieliśmy nawet parkingu. Nie było ciepłej wody, nie było Internetu. Nie było ogrzewania, w domu straszny ziąb, bo greckie budynki mają chłodzić, nawet w zimie. Nic tylko siąść i płakać. I tak właśnie przez kilka dni robiliśmy.

I kiedy przygnębieni przybysze siedzieli i nie wiedzieli, co ze sobą zrobić, najwięcej zaczęło się dziać.

- Wszyscy sąsiedzi byli nas bardzo ciekawi. Byliśmy dla nich fenomenem. Nie dość, że obcy, to w dodatku młodzi, podczas gdy nasi rówieśnicy uciekli do miast. Najpierw się nam przyglądali, później zaczęli odwiedzać. Przynosili ze sobą pyszne kreteńskie dania, bo miejscowi tak właśnie okazują miłość i sympatię. Zaprzyjaźniliśmy się z nimi i okazało się, że wcale nie jest tak źle. A wręcz przeciwnie. Znaleźliśmy swój raj na ziemi.

Kreteńczycy we wsi niewiele wiedzieli o Polsce i byli jej bardzo ciekawi. Kojarzyli tylko Roberta Lewandowskiego i naszą wódkę, która uważają za bardzo luksusową.

- Dla nich jesteśmy przedstawicielami ludów północy, jak Norwegowie. Ale trzeba przyznać, że mają do Polaków ogromną sympatię.

Poli kala, czyli bardzo dobrze

W zawiązywaniu znajomości nie przeszkodziły nawet bariery językowe. Choć przed przyjazdem na Kretę małżonkowie uczyli się greckiego zdalnie, na miejscu okazało się, że grecki i kreteński to niekoniecznie to samo.

- To mniej więcej tak, jakby nauczyć się polskiego i przyjechać na śląską wieś. Ale miejscowi byli dla nas bardzo cierpliwi. Docenili sam fakt, że my jako obcokrajowcy poświęciliśmy naszą energię i czas, by uczyć się greckiego, choć to jeden z najtrudniejszych języków na świecie.

Pani Aleksandra, zachwycona kreteńską kuchnią, zaczęła prowadzić blog Poli Kala (co po grecku oznacza „bardzo dobrze”), w którym pisze głównie o tematyce kulinarnej.

- Nazwa bloga odzwierciedla to, jak się czujemy na Krecie. Czujemy się bardzo dobrze, jedzenie jest bardzo dobre. I bardzo dobrze zostaliśmy tam przyjęci.

Gotowania uczyła się od swoich nowych koleżanek.

- To osiemdziesięcio-, a nawet dziewięćdziesięcioletnie kobiety, od których nikt do tej pory nie chciał się uczyć, ich dzieci i wnuki nie były tym zainteresowane. Były więc zachwycone i z chęcią dzieliły się swoją ogromną wiedzą, a także przepisami, które dziedziczyły z pokolenia na pokolenie. Spotkania te przerodziły się z czasem w głębsze dyskusje, bo moje sąsiadki zaczęły mi opowiadać nie tylko o przepisach, ale także dzieliły się ze mną historiami ze swojego życia. Najwięcej zawdzięczam Fotouli Bamblidaki, kobiecie która nauczyła mnie, że najważniejszym składnikiem kreteńskiej kuchni jest… miłość.

Kuchnia kreteńska jest bardzo prosta. Jej składniki są lokalne, sezonowe i bardzo dobrej jakości. Warzyw poza sezonem nie kupi się nawet w zachodnich marketach.

- Już teraz, w styczniu w ogrodach rosną kalafiory, brokuły czy karczochy. Ale najbardziej obfity pod tym względem jest kwiecień. To najpiękniejszy miesiąc na Krecie, choćby dlatego, że można się wówczas delektować miejscowymi truskawkami - mówi Ola.

Pani Aleksandra część przepisów z swoich koleżanek opublikowała w książce pt. „Trapezi. Wokół kreteńskiego stołu”.

- Tych najpyszniejszych miejscowych dań niestety nie zje się w turystycznych tawernach, gdyż tam w menu dostępne jest jedzenie proste, mięsne i szybkie do przygotowania. Prawdziwej kreteńskiej kuchni, doznać można tylko w prawdziwym kreteńskim domu. Do najpyszniejszych dań można zaliczyć: avronies (czyli rodzaj dzikich szparagów) z jajkiem, wszelkie odmiany kalitsouni (czyli pierogów), potrawy z bakłażanów, grecki rosół z kury (który podobnie jak w Polsce jest zupą na wszelkie dolegliwości ciała i duszy), czy zupę fasolową ze skórką pomarańczową. Ale nawet zwykła sałatka z pomidorów, ogórków i oliwy jest tam ucztą dla podniebienia.

Gaj oliwny to nie sad pod Grójcem

Myliłby się ten, kto by myślał, że Aleksandra i Tomasz nic tylko biesiadują z sąsiadami, poznają urokliwe zakątki wyspy i uczą się języka. Owszem, biesiady zdarzają się nawet częściej niż w Polsce, bo spotkania, choćby przy sucharkach i winie, to miejscowa codzienność, ale małżonkowie, podobnie jak ich sąsiedzi, ciężko pracują.

- Staliśmy się rolnikami. Tak jak nasi sąsiedzi mamy gaj oliwny i dzięki temu mamy własną oliwę. Nasze drzewka mają kilkaset, a nawet kilka tysięcy lat. W gaju trzeba od czasu do czasu wyciąć chwasty, przyciąć gałęzie, podlać drzewka, co jest dosyć przyjemnym zajęciem. Ale sam zbiór oliwek to praca wykańczająca.

W Grecji, na płaskim stałym lądzie, drzewka oliwne rosną jak jabłonie pod Grójcem, pod linijkę, można je zbierać maszynowo. Ale na Krecie, ze względu na górzyste ukształtowanie terenu i wiek drzew, trzeba robić to ręcznie.

- Pod drzewem układa się siatki, podłącza agregat do maszyny, która gumowymi „palcami” strąca oliwki. Maszynę trzeba cały dzień trzymać w górze. To tak, jakby cały dzień wieszać firanki, w dodatku ciężkie i wibrujące – opisuje pan Tomasz.

Później oliwki trzeba oddzielić od liści, spakować do worków, załadować na auto i zawieźć do wytłaczarni.

- Ale później widzi się, jak ciemnozielona oliwa płynie i kiedy spróbuje się ją po raz pierwszy, to choć wykręca buzię, bo jest tak mocna, człowiek czuje ogromną euforię – mówi pani Aleksandra. – Tego nie da się opisać. Nigdy nie myśleliśmy, że zostaniemy rolnikami, ale odkąd się nimi staliśmy, doceniamy każdy kęs chleba i każdą kroplę oliwy. Nie zastanawiamy się w sklepie, dlaczego żywność jest tak droga, bo wiemy, ile czasu i wysiłku trzeba, aby ją wyprodukować.

Małżonkowie sprzedają swoją oliwę i jest to jedno z ich źródeł utrzymania. Organizują warsztaty kulinarne, kolacje w gaju oliwnym, śluby na plaży. Ale także pomagają sprzedawać wyroby sąsiadów. Pomysł ten narodził się podczas pandemii i dziś tak się rozwinął, że Aleksandra i Tomasz otworzyli sklep.

- Kreteńska oliwa jest najlepsza na świecie, a jednym z największych jej odbiorców są Włosi. Kiedy zostały wprowadzone obostrzenia, cały handel zamarł. Podaż oliwy była większa niż popyt, moment ten chcieli wykorzystać pośrednicy, w tym właściciele przetwórni, w której rolnicy z okolicznych wsi wytłaczali i przechowywali oliwę. Proponowali ceny poniżej kosztów produkcji. To był dramat, ogólne poruszenie we wsi, straszne emocje. Postanowiliśmy coś zrobić, ale nie było wcale łatwo. Kreteńczycy są bardzo dumnymi ludźmi. Nie chcą litości. Musieliśmy więc to zrobić podstępem. Powiedzieliśmy sąsiadowi, że tę oliwę to właściwie mamy już sprzedaną, bo jeden nasz znajomy, który ma restaurację chciałby ją stosować w swoim lokalu, ponieważ tak bardzo mu posmakowała. Była to bajka, ale chwyciła. Sąsiad, wprawdzie niechętnie, ale zgodził się na takie rozwiązanie.

Małżonkowie zainwestowali w oliwę wszystkie swoje oszczędności. Całą partię udało im się sprzedać wśród rodziny i znajomych, a zachwyty klientów były na tyle zachęcające, że postanowili zarejestrować działalność.

Dziś sprzedają nie tylko oliwę, ale także inne wyroby kreteńskie, które pochodzą od ich przyjaciół. Są to oliwki (najpierw kiszone, aby pozbawić je goryczy, proces ich wytwarzania trwa dłużej, ale przez to są smaczniejsze i zdrowsze), miód tymiankowy, zioła, pomarańcze, grecka ceramika i tekstylia.

- Zainspirowaliśmy naszych sąsiadów i zachęciliśmy, by uwolnili się spod jarzma korporacji. Nie muszą się wcale godzić na narzucanie niskich cen, bo mają tak doskonałe produkty, że na pewno znajdą na nie kupców. Niektórzy wzięli to sobie do serca i zarejestrowali swoją działalność, jak na przykład nasz sąsiad Georgos, który produkuje miód tymiankowy. Teraz sprzedaje go nie tylko w Polsce i Grecji, ale także we Francji. Powstały firmy, na przykład we Włoszech, które zaczęły nas naśladować i za które mocno trzymamy kciuki.

Aleksandra i Tomasz zimowe miesiące spędzają w Polsce. Bardzo tęsknią za Kretą i z wzajemnością.

- Sąsiedzi piszą do nas każdego dnia i pytają, kiedy wracamy. Boimy się powiedzieć, że Kreta to już nasza przystań na stałe, bo właśnie tam nauczyliśmy się akceptować niestałość i mamy świadomość, że wszystko może minąć. Ale tak byśmy chcieli.

Bo jeśli gdzieś na ziemi jest raj, to na pewno w małej kreteńskiej wsi, gdzie słońce świeci przez 330 dni do roku, gdzie wieczorem można pić wino w tysiącletnim oliwnym gaju przy muzyce cykad i gdzie każde spotkanie z drugim człowiekiem jest świętem.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Opaska na depresję - to może być przełom!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: A może by tak rzucić wszystko i wyjechać na Kretę? Para z Opolszczyzny realizowała ten plan. Jak jej się żyje? - Nowa Trybuna Opolska

Wróć na kluczbork.naszemiasto.pl Nasze Miasto