Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Sylwia Nasiadko: - Mieszkam w Nowym Jorku, ale wciąż powtarzam, że to cool być z Wołczyna!

Mirosław Dragon
Mirosław Dragon
Sylwia Nasiadko z Wołczyna jest dziennikarką i producentką w Nowym Jorku
Sylwia Nasiadko z Wołczyna jest dziennikarką i producentką w Nowym Jorku Archiwum Sylwii Nasiadko
Sylwia Nasiadko z Wołczyna spełniła swoje marzenia o karierze w Ameryce. Najpierw przez lata była dziennikarką i producentką w „HuffPost Live” i AOL Studios. Aktualnie pracuje w branży modowej jako producentka kampanii medialnych w słynnych domach mody: najpierw Ralph Lauren, a teraz Calvin Klein.

Ralph Lauren, Calvin Klein, a wkrótce Gucci lub Dior. Tak będzie wyglądać twoja ścieżka kariery?
Na razie zmieniłam Ralpha Laurena na Calvina Kleina i tutaj intensywnie pracuję nad kampaniami reklamowymi.

Na czym polega twoja praca? Co robi modelka w reklamie, to widać gołym okiem. A co robi producentka?
Pracuję teraz w postprodukcji, czyli przy ostatecznym przygotowaniu materiałów do kampanii reklamowej. Wymaga to pracy całego zespołu i koordynacji wszystkiego: od wyboru muzyki do reklamy, przez efekty specjalne, aż do montażu klipu.

W reklamach Calvina Kleina grają znane gwiazdy. Miałaś okazję je poznać?
W jednej z naszych reklam zagrała m.in. Uma Thurman, aktorka znana m.in. z filmów „Pulp Fiction” czy „Kill Bill”. Spotkałam ją w… windzie w siedzibie mojej firmy!

Świetna okazja, żeby uciąć sobie pogawędkę w windzie i zrobić wspólne selfie.
Wykluczone! To byłoby bardzo nieprofesjonalne, nie wolno robić takich rzeczy. Mam oczywiście zdjęcia z gwiazdami, ale tylko wtedy, gdy wspólnie pracujemy, rozmawiamy i przy okazji robimy zdjęcie. Niektórzy celebryci sami zresztą pytają, czy chciałabym zrobić sobie z nimi fotkę. Ale absolutnie niedopuszczalne jest, żeby gwiazda czuła się osaczona przez współpracowników chcących od niej autograf czy zdjęcie.

To w takim razie zapytam: jakie gwiazdy jeszcze ostatnio spotkałaś?
W naszych najnowszych reklamach oprócz Umy Thurman występują jeszcze m.in.: Justin Bieber, Pet Shop Boys czy Joan Collins, czyli słynna Alexis z „Dynastii”.

Kiedy obejrzałem reklamy Calvina Kleina, przy których pracowałaś, to rzuciła mi się w oczy jedna rzecz: że w każdej reklamie muszą być modelki o wszystkich kolorach skóry.
Może nie w każdej reklamie, ale to prawda, że powinny być. Bardzo ważne jest, aby w reklamach była różnorodność kultur. To zresztą nie tylko kwestia koloru skóry, kiedyś podczas postprodukcji zwrócono nam uwagę, że modelki są „too skinny”, czyli zbyt szczupłe. Dlatego mamy także modelki Plus Size.

Z Wołczyna do Nowego Jorku jest tylko jedna przesiadka

Praca z Alexis to jedno, ale najpierw chciałbym zapytać, w jaki sposób mieszkanka małego Wołczyna trafiła do Nowego Jorku i stała się najpierw dziennikarką, a teraz menedżerem u słynnego projektanta mody?
Od kiedy pamiętam, chciałam mieszkać w Nowym Jorku. To miasto fascynowało mnie od zawsze, ponieważ wiedziałam, że tam jest centrum świata, a ja lubię być w centrum wydarzeń.

Wołczyn stał się dla ciebie za mały i za ciasny?
W młodości tak, za to teraz bardzo lubię wracać do domu i uważam, że to cool być z Wołczyna!

Ale nie wierzę, że zamieniłabyś z powrotem Nowy Jork na Wołczyn.
Wiele razy przywoziłam amerykańskich przyjaciół w moje rodzinne okolice. Jedna z moich przyjaciółek po wizycie u mnie skomentowała, że gdyby pochodziła z tak pięknego regionu, nie przeprowadziłaby się do Nowego Jorku.

Ładny komplement, ale przypomnę, że ty przeprowadziłaś się jednak do Nowego Jorku.
Ponieważ idąc na studia, czułam, że coś ważnego ominie mnie w życiu, jeśli nie będę mieszkać w wielkim mieście. Za to teraz nie wyobrażam sobie, żebym każdego roku nie przyleciała na całe lato do Wołczyna.

Na całe lato? Możesz sobie pozwolić na to, żeby robić co roku dwumiesięczny urlop?!
Ależ ja tutaj pracuję. Świat stał się globalną wioską, więc zdalna praca nie jest żadnym problemem. Jedynym kłopotem jest to, że z powodu 6 godzin różnicy czasu pracuję tutaj od popołudnia do północy, ponieważ muszę mieć przecież stały kontakt ze współpracownikami.

Nie zważajcie na szklany sufit

Jak trafiłaś do mediów, a potem do domów mody?
Przeszłam całą drogę. W Polsce już na studiach pracowałam w radiu i w telewizji. Po przeprowadzce do USA najpierw pracowałam w polskich mediach: nowojorskim wydaniu „Super Expressu” i w „Nowym Dzienniku”. Następnie w amerykańskiej telewizji CBS News, telewizji internetowej HuffPost Live i w AOL Studios. A w końcu u Ralpha Laurena i teraz u Calvina Kleina.

Dziennikarka, wydawczyni, producentka dziennikarskich wideo i globalnych kampanii reklamowych. Co z tego uważasz za swoje największe osiągnięcie?
Najbardziej jestem dumna z tego, że pracuję na takim samym poziomie, co moi koledzy i koleżanki z USA. I to mimo iż ja pochodzę z małego miasta w Polsce oddalonego od Nowego Jorku o tysiące kilometrów i musiałam najpierw nauczyć się języka angielskiego w takim stopniu, w jakim oni władają nim od urodzenia, ponieważ jest ich językiem ojczystym.

Trudno było?
Nie ukrywam, że bardzo trudno. Ale jestem ambitna, a przede wszystkim nigdy nie zważałam na tzw. szklany sufit, którego boi się wielu Polaków, zwłaszcza tych pochodzących z małych miejscowości. Bo tak naprawdę jeśli jesteś z Wołczyna, Kluczborka czy Opola, to nie oznacza wcale, że do Nowego Jorku masz za daleko. Dla mnie decyzja o wyjeździe za pracą do Nowego Jorku była tak samo łatwa jak o przeprowadzce do Opola.

Kiedy wyjechałaś do Ameryki?
Już podczas studiów dziennikarskich latałam w czasie wakacji do USA. Byłam na obozach Camp America, dorabiałam jako kelnerka. Na stałe wyjechałam zaraz po studiach.

Karierę dziennikarską rozpoczęłaś jednak już podczas studiów w Warszawie?
Jako studentka pracowałam w Polskim Radiu, TVP Polonia, w Radiu Zet i w Tok FM. W TVP Polonia prowadziłam razem z dziennikarzem muzycznym Markiem Wiernikiem program „Liga Przebojów”. W radiu Tok FM w wieku 21 lat byłam jednym z najmłodszych wydawców radiowych w Polsce.

Do USA również nie poleciałaś na zmywak, tylko do mediów, a to chyba nie było takie łatwe?
Wszystko zaczęło się od bezpłatnych praktyk w stacji telewizyjnej ABC News, na które dostałam się wysyłając swoje CV, tak jak robią to wszyscy. Podczas tych praktyk kilkukrotnie udało mi się porozmawiać z ówczesnym szefem ABC News, Rickiem Kaplanem. Podczas każdej rozmowy poświęcił sporo czasu i nigdy nie dał mi odczuć, że on jest szefem, a ja tylko praktykantką. Dzięki tej otwartości ludzi w Ameryce jeśli myślisz, że możesz i potrafisz, to na pewno możesz to zrobić! Tutaj nie ma szklanych sufitów. Jednak to w amerykańskim wydaniu „Super Expressu” spełniłam swoje największe marzenie.

Jakie to było marzenie?
Dopiero co skończyłam studia, a już mogłam przeprowadzać wywiady z moimi idolami, takimi jak Lady Pank, Kora, Beata Kozidrak i przede wszystkim Jerzy Stuhr, którego uwielbiam i dla którego urwałam się nawet z I LO w Kluczborku na wagary!

Aż tak?
Miałam wtedy 15 lat, a Jerzy Stuhr przyjechał ze swoim słynnym monodramem „Kontrabasista” do Opola. Zadzwoniłam więc do Teatru im. Jana Kochanowskiego i przez kilkanaście minut błagałam panią w kasie, żeby zostawiła dla mnie dwa bilety, bo ja już wyjeżdżam z Kluczborka! Wzięłam ze sobą najlepszą koleżankę z klasy i autostopem pojechałyśmy do Opola. Zdążyłyśmy na ostatnią chwilę! Wycałowałam panią w kasie, a po spektaklu od razu ruszyłam za kulisy. Jerzy Stuhr akurat udzielał wywiadu dla „NTO”! Postanowiłam sobie wówczas, że ja też kiedyś przeprowadzę z nim wywiad. No i to marzenie spełniło się po 10 lat później na drugim końcu świata, czyli w Nowym Jorku.

Opowiedziałaś o tym Jerzemu Stuhrowi?
Od razu na początku naszej rozmowy! Powiedziałam mu, że jako 15-latka widziałam go w Opolu udzielającego wywiadu i że postawiłam sobie wtedy za punkt honoru, że ja też kiedyś przeprowadzę z nim rozmowę. Był tym poruszony.

W amerykańskich mediach robiłaś wywiady z gwiazdami z Hollywood.
Ale od razu zaznaczę, że to nie ja prowadziłam te wywiady. Byłam ich wydawczynią i producentką, czyli zatrudniałam operatorów kamer, oświetleniowców, dźwiękowców, ustalałam harmonogram studia. No i miałam bardzo przyjemny obowiązek witać osobiście gwiazdy, które przychodziły do nas na wywiad.

Jakie gwiazdy miałaś w programie?
Było ich przez te lata całe mnóstwo, ponieważ byłam m.in. producentką programu, w którym co godzinę robiliśmy wywiad z jakąś znaną osobą. Byli u nas m.in. aktorzy: Matt Damon, Robert Redford, Edward Norton, Pierce Brosnan czy Cameron Diaz, byli wykonawcy głównych ról ze słynnego serialu „Breaking Bad”, były piosenkarki: Adele, Jennifer Lopez czy Beyoncé i wielu innych. Właściwie dopiero teraz dociera do mnie, jakie to było szczęście, spotykać na co dzień tak wybitnych artystów.

Kogo wspominasz najlepiej?
Niesamowity był Alan Rickman, czyli Severus Snape z ekranizacji „Harry’ego Pottera”. Miał taką charyzmę, że gdy tylko pojawił się w studiu, publiczność wstała i przez kilka minut biła brawo, zanim on jeszcze zdążył się odezwać. Nigdy wcześniej ani nigdy później przy żadnym innym wywiadzie taka sytuacja już się nie zdarzyła. Dopiero później dowiedziałam się, że był już wtedy ciężko chory.
Natomiast najsympatyczniejszy był Kevin Bacon, którego zresztą miałam okazję spotkać kilka razy w życiu. Na pierwszy wywiad do nas przyszedł sam, bez obstawy. Po prostu wziął przepustkę z recepcji, wjechał windą na czwarte piętro i stanął przy moim biurku. Myślałam, że dostanę zawału, kiedy go zobaczyłam! Nie było jeszcze makijażystki, więc zrobiłam mu make-up swoim własnym pudrem.

Z aktorem Kevinem Baconem
Z aktorem Kevinem Baconem Ben Trivett

Co znaczy, że Kevin Bacon był bez obstawy? To aktorzy chodzą z ochroniarzami?
Im większa gwiazda, z tym większą ekipą chodzi. 5-10 osób to norma: asystent, makijażysta, stylista fryzury, fotograf, PR-owiec, bodyguard itd.

Mnie najbardziej imponują nie te nazwiska gwiazd, ale to, że wywiady z nimi zrobiła dziewczyna z Wołczyna! Z opolskiej prowincji do studia telewizyjnego w Nowym Jorku jest naprawdę daleka droga.
A właśnie, że nie. Z Wołczyna do Nowego Jorku można się dostać z jedną tylko przesiadką w Warszawie. Jestem bardzo wdzięczna rodzicom - tacie Jerzemu i nieżyjącej już mamie Marii, że od początku budowali we mnie wiarę w siebie. Nigdy nie powiedzieli mi: „Na co ty się porywasz? Nie masz szans”. Zawsze mnie wspierali, a żeby móc uwierzyć w siebie, ważne jest, żeby od dzieciństwa spotykać wspierających nas ludzi. Nie tylko w domu, ale i w szkole.

Miałaś w szkole takich nauczycieli?
Miałam i naprawdę wiele im zawdzięczam. W Szkole Podstawowej nr 1 w Wołczynie moja wychowawczyni Anna Sęk oraz polonistka Elżbieta Zabłocka, która niestety zmarła kilka dni temu, bardzo we mnie wierzyły. To z kolei mnie pozwoliło uwierzyć, że mogę wiele osiągnąć.
Moja wychowawczyni z I Liceum Ogólnokształcącego w Kluczborku Katarzyna Juranek-Mazurczak dawała uczniom dużą wolność w decydowaniu, kim są i kim chcą być, a to jest bardzo ważne dla nastolatków. Nie dostałam nagany za to, że poszłam na wagary dla Jerzego Stuhra!

Kluczbork odwdzięczył się Sylwii Nasiadko nagrodą Plastrów Miodu za promocję powiatu kluczborskiego.
Ta nagroda była mocno na wyrost, bo przecież nie mam wielu możliwości promowania Wołczyna i Kluczborka. Ale cały czas mimo dwudziestu lat spędzonych w USA, to w Wołczynie ciągle czuję się u siebie, to tutaj czuję się w domu.

Na Manhattanie wcale nie ma luksusów

Nowy Jork jest za duży, żeby czuć się jak w domu?
Nowy Jork to największe miasto w USA i prawdziwa stolica świata. Ale New York City to nie tylko drapacze chmur na Manhattanie, luksusowe butiki przy Piątej Alei i kolorowe neony na Broadwayu. NYC to także karaluchy w mieszkaniach, szczury na klatce schodowej i worki ze śmieciami walające się po ulicach. Czynsze na Manhattanie są bardzo wysokie, ale kamienice są tam nieremontowane od dziesięcioleci, a mieszkania są bardzo ciasne.

Nie brzmi to zbyt zachęcająco…
Jeśli przeszkadzają ci takie niedogodności, to nie możesz mieszkać w Nowym Jorku. Ale jeśli chcesz tam zamieszkać, nie może cię to zrażać. Mówię tu oczywiście o przeciętnie zarabiających ludziach, nie o multimilionerach, którzy na pewno nie mają karaluchów w swoich rezydencjach.

Tobie karaluchy i szczury nie przeszkadzały?
Jednak przeszkadzały, dlatego przeniosłam się z nowojorskiego Brooklynu do Nutley w stanie New Jersey. Do Nowego Jorku jest stamtąd tyle, co z Wołczyna do Kluczborka. Udało się tam znaleźć dom sielski i anielski, położony wśród drzew. Wygląda jak na zapadłej prowincji, a nie w aglomeracji Nowego Jorku. Jest to zabytkowy dom z 1760 roku, który zbudował kapitan Abraham Speer, oficer amerykańskiej armii. Ten dom jest starszy niż Stany Zjednoczone!

Jak udało się kupić taki bezcenny zabytek?
W mentalność Amerykanów wpisana jest tymczasowość. Tutaj nikt nie przywiązuje się do miejsc: do swojego domu czy miejsca pracy. W każdej chwili jest gotów je zmienić. Dlatego XVIII-wieczny Speer House po wystawieniu na sprzedaż wcale nie cieszył się szczególnym zainteresowaniem i mogliśmy go kupić z mężem w cenie przeciętnego domku w naszej miejscowości. Tutaj urodziły się nasze córki: 8-letnia Amelia i dwuletnia Laura. To nasza namiastka Wołczyna pod Nowym Jorkiem!

Z Wołczyna do Nowego Jorku:

od 7 lat
Wideo

iPolitycznie - Radosław Fogiel

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Sylwia Nasiadko: - Mieszkam w Nowym Jorku, ale wciąż powtarzam, że to cool być z Wołczyna! - Nowa Trybuna Opolska

Wróć na kluczbork.naszemiasto.pl Nasze Miasto